Finał DCDC 2015


Mieliśmy mały zastój na blogu, niestety mój wolny czas drastycznie się skurczył w ciągu ostatnich dni i na bloga już go nie wystarczyło. Trzeba to nadrobić ;).
Ponad tydzień temu byłyśmy z Sonią, Agatą i Alexem na mojej ulubionej imprezie roku - finale DCDC. Kocham te zawody, ich atmosferę, emocje...  Bardzo się cieszę że w tym roku udało nam się pojechać i już się nie mogę doczekać przyszłorocznych finałów :).



A zaczęło się tak... pobudka o 4:00, ciemno, zimno... wyjście z So na siku, pakujemy się do samochodu i jedziemy do Lublina. Na dworcu spotkaliśmy się z naszymi towarzyszami podróży i wgramoliliśmy się do pociągu. Pierwsze problemy - w naszym przedziale jest dziewczynka która boi się psów, na dodatek ma na nie alergię i jej mama/babcia/ciocia zareagowała wielkim oburzeniem na wiadomość że koło nich będą siedzieć dwie dziewczyny z dwoma sierściuchami. No nic, na szczęście znaleźli się bardzo mili ludzie którzy nas przygarnęli do swojego przedziału. Jakoś udało się nam ulokować, Sonia w klatce na korytarzu a Alex w klatce w przedziale, ciasno było, ale jakoś dojechaliśmy do Wawy bez większych kłopotów. Sonieczka trochę rozpaczała że musi siedzieć w klateczce ale w końcu się z tym pogodziła.



No i na miejscu! Kupienie biletów na powrót, spacerek w okolicach dworca, fotka z pałacem kultury w tle, poszukiwanie stacji metra, ogarnianie jak to działa, przygoda ze starszą panią w windzie, ale się nie przejmujemy, trafiłyśmy do metra i kierunek Pole Mokotowskie. Sonia jako wiejski burek w wielkim mieście radziła sobie całkiem nieźle :). I pomyśleć że kilka lat temu ten pies bał się wszystkiego co nowe i w takich sytuacjach tylko rozglądał dookoła, obecnie spokojnie mogłaby zrobić trening obidiensów przy ruchliwej ulicy. A ruchome schody, podróż komunikacją miejską nie są wcale straszne.


Jesteśmy! Tak, to to miejsce, te zawody które tak kocham :). Znalazłyśmy miejsce do rozłożenia klatek obok namiotów Dog Chowa, zostawiłyśmy psy w klatkach i poszłyśmy z Agatą pozwiedzać. Przy stoiskach z zabawkami napotkałyśmy Natalię i Magdę (od jakże popularnych w internetach Ginny i Fibi), podebatowałyśmy czy warto kupić Dog Chow'owy kocyk (w końcu każda z nas skończyła z takowym kocykiem i Dog Chow'owymi dyskami ;)). Potem wzięłyśmy psy na spacerek, a dalszy czas minął nam na siedzeniu przy polu, podziwianiu i fotografowaniu, dopychaniu się do barierek przy dog divingu, zdobywaniu próbek smaczków i zabawie z naszymi psiakami. Sonia nie wykazała się mega geniuszem, dyski olewała (w końcu chwilę zabawy udało mi się wyegzekwować i nagradzałam to futerkami), ale muszę pamiętać że ten sam pies rok-dwa lata temu w takim miejscu nie robiłby prawie nic, a co mowa o zabawie jakimikolwiek zabawkami. Mimo wszystko nie wolno nam spoczywać na laurach i trzeba podwyższać regularnie poprzeczkę.

zdjęcie zaczerpnięte gdzieś z facebooków, jakby ktoś był ciekawy, druga biała L-ka i rękaw jasnoniebieskiej bluzy to ja ;)
więcej moich pstryków na fanpage
I po zawodach. Nie udało się obejrzeć tak lubianej przeze mnie frisbatelki, wyników wysłuchaliśmy idąc przez park na przystanek. Dotachałyśmy w końcu te ciężkie plecaki i klatki (materiałowe klatki są lekkie, ale dwie w jednej torbie, na jednej ręce już przestają być tak przyjemne). Uciekł nam pierwszy tramwaj, ze stresem czy zdążymy na pociąg dotarłyśmy w końcu na dworzec, żeby usłyszeń komunikat: "pociąg do stacji Lublin przyjedzie z opóźnieniem o 20 min, za utrudnienia przepraszamy".


Ale się doczekałyśmy! Weszłyśmy, rozłożyłyśmy wygodnie klatki (wagon bezprzedziałowy to był dobry wybór) i się wygodnie rozsiadłyśmy. Psy były zmęczone, Sonia poszła już spać, a my przeglądałyśmy nasze zdjęcia. Nasz pociąg w drodze jeszcze gdzieś długo stał i w końcu w Lublinie byłyśmy ponad godzinę później niż planowo, i tak nie było tak źle, w porównaniu do historyjek które się słyszy o naszych polskich kolejach.


Wrażenia po wyjeździe świetne, będzie co wspominać do przyszłego roku (szczególnie że na przyszłe lato już układają się ekscytujące plany). Bardzo pozytywne zakończenie lata!


Komentarze

  1. Ja na tegorocznych finałach byłam bardzo każualowo, nawet nie widziałam za wiele - zabrałam ze sobą Gambita, więc raczej krążyłam z nim dookoła eventu, niż oglądałam zawodników. Trochę szkoda, ale z drugiej strony dawkowane rozsądnie to fajne doświadczenie socjalizacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  2. My byłyśmy w sobotę, zważyłyśmy się, zakupiłyśmy dwa nowe dyski, pobawiłyśmy nimi i poudzielałyśmy towarzysko. Też uwielbiam tego rodzaju imprezy za ich fantastyczną atmosferę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam takie imprezy i pewnie gdyby nie inna impreza tego typu również byśmy w niej uczestniczyli :) niemniej jednak najważniejsze, że zakończenie lata sympatyczne :p

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam jechać, ale w te dni miałam już inne plany. Nie wiedziałam, że na dcdc można kupić kocyk dog chow :P

    OdpowiedzUsuń
  5. My planujemy w przyszłych zawodach wystartować :) Nie mogę się doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  6. Też tam byliśmy! Wprawdzie my z Warszawy, to i podróż była łatwiejsza...
    Kocyk z Dog Chow chcieliśmy kupić, to sprzedawca powiedział, że nie do kupienia, że tylko jako gratis przy zakupie karmy za 25zł...

    OdpowiedzUsuń
  7. Na następnych finałach się widzimy! Nie ma innej opcji! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie pozostaje cieszyć się tylko częścią we Wrocławiu :) No chyba, że zasiądę do Pendolino i w 6 godzin będę na miejscu :D Wielka szkoda, że Wawa jest tak daleko od nas, finały to musi być naprawdę świetne przeżycie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę wyjazdu na DCDC, i to jeszcze na finały! :D Musiałaś sie super bawić :)

    | www.mundkowaferajna.blogspot.com |

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zdjęcia jak zwykle - wymiatają :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Witaj w domu Evereście!

Połowa teamu - popracuj nad sobą

Początek życia ze szczeniakiem